Obrzędowość świętojańska – recepcja tradycji

Obrzędowość świętojańska – recepcja tradycji

Jan Kochanowski – Pieśń świętojańska o Sobótce

Pieśń świętojańska o Sobótce – cykl dwunastu pieśni Jana Kochanowskiego. Wydany po śmierci poety w 1586 roku nakładem Drukarni Łazarzowej razem z Pieśniami księgi dwoje. Powstanie cyklu przypada na czarnoleski okres twórczości Kochanowskiego: wskazywano na lata 1567–1568 lub 1570–1579.
Kontekst historycznoliteracki
Jednym z najstarszych mitów antropologicznych, podejmowanych w literaturze, jest mit szczęśliwej, wyidealizowanej krainy. Na przestrzeni wieków kraina ta pojmowana była jako biblijny Eden, Wyspy Szczęśliwe lub Arkadia. W micie tym wyrażano tęsknotę za takim miejscem, w którym człowiek może osiągnąć wieczne szczęście oraz doskonałość. Literacką realizacją tego mitu była m.in. epoda II Horacego (Beatus ille, qui procul negotiis), do której często nawiązywano w renesansowej twórczości. W XVI wieku w Polsce powstała jej anonimowa parafraza pt. Spokojny kąt komu Bóg dał i myśl spokojną, której autor ulokował Arkadię w rodzimej wsi, przeciwstawiając życie ziemiańskie – dworskiemu. Podobną adaptację tego mitu można odnaleźć w Zwierciadle Mikołaja Reja.
U Kochanowskiego pochwała życia wiejskiego realizuje się w pieśni Panny XII, zaczynającej się od słów Wsi spokojna, wsi wesoła…. Utwór ten jest bezpośrednią adaptacją horacjańskiej epody (ziemiański model życia jest przeciwstawiany dworskiemu i kupieckiemu, prace wiejskie, i płynąca stąd przyjemność, są pokazane na tle zmieniających się pór roku, gospodyni zostaje doceniona). Pozostałe pieśni cyklu stanowią nawiązanie do Wergiliusza (Georgiki) i Tibulla. Całość cyklu wpisuje się także w tradycję literatury sielankowej (bukolicznej).
Tematyka pieśni
W wierszu poprzedzającym pieśni poszczególnych panien autor zasugerował, ażeby utwory te wykonywać przed publicznością podczas obchodów sobótki (zwanej także Nocą Kupały), a więc od zachodu do wschodu słońca. We wstępie pojawia się także obrona sobótkowego zwyczaju, który był wówczas powszechnie zwalczany przez katolików i protestantów (atakowano przede wszystkim sobótkowe tańce, uznając je za pogańskie). Kochanowski podkreślał przede wszystkim fakt, że tradycję należy kultywować i doceniać. W cyklu pojawiają się obrzędowe realia, np. przepasanie się panien bylicą czy rozpalanie ognisk.
Tematyka poszczególnych pieśni obejmuje: świętowanie po wykonanej pracy (Panna I), pochwałę tańca (Panna II i III), pieśń miłosną (Panna IV i V), mit arkadyjski (Panna VI i XII), zanegowanie myślistwa (Panna VII), tematykę pasterską (Panna VIII), opowiedzenie mitu o Filomeli zamienionej w słowika (Panna IX), zanegowanie wojny (Panna X, parafraza Tibulla) i pochwałę Doroty (Panna XI) – żony Kochanowskiego.
Konstrukcja cyklu
Wszystkie pieśni należące do tego cyklu mają podobną budowę: czterowersowe strofy o rymach parzystych, w każdym wersie występuje osiem sylab. Rym i intonacja dzielą każdą zwrotkę na dwa symetryczne dystychy. Pieśni oznaczone jako Panna I, Panna II itd. są poprzedzone 16-wersowym wstępem. Autor unikał stosowania przerzutni (występują tylko w pieśni Panny VII i Panny IX), co według Janusza Pelca dowodzi o przeznaczeniu cyklu do śpiewania. Charakterystyczne dla tych utworów jest częste użycie spójnika „a”, który występując na początkach wersów, pełni funkcję instrumentacyjną, jest także składnikiem anafory (np. Panna III, w. 37-40).
Recepcja
Cykl został wydany dopiero w 1586 roku, ale prawdopodobnie przez długi okres krążył pomiędzy czytelnikami w odpisach. Niektóre pieśni Panien były wydawane osobno w XVII-wiecznych śpiewnikach. Na literaturę polską największy wpływ miała pieśń ostatnia, która aż do XVIII wieku stanowiła kanon określający sposób opisywania wsi. Do niej nawiązywali w swojej twórczości Andrzej Zbylitowski, Daniel Naborowski, Samuel Twardowski, Wespazjan Kochowski, Ignacy Krasicki, Kajetan Koźmian. W 1818 roku Teodor Narbutt opublikował w „Tygodniku Wileńskim” parodię ostatniej pieśni.
Jana Kochanowskiego Dzieła polskie (1919)
/Pieśni/Księgi wtóre
Pieśń świętojańska o Sobótce

Gdy słońce Raka zagrzewa,
a słowik więcej nie śpiewa,
Sobótkę, jako czas niesie,
zapalono w Czarnym lesie.

Tam goście, tam i domowi
sypali się ku ogniowi,
bąki zaraz troje grały,
a sady się sprzeciwiały.

Siedli wszyscy na murawie,
Potem wstało sześć par prawie,
Dziewek jednako ubranych,
I belicą[ przepasanych.

Wszytki śpiewać nauczone,
w tańcu także niezganione;
więc koleją zaczynały,
a pierwszej tak począć dały:

PANNA I.
Siostry, ogień napalono
i placu nam postąpiono;
czemu sobie rąk nie damy,
a społem nie zaśpiewamy?

Piękna nocy, życz pogody,
broń wiatrów i nagłej wody;
dziś przyszedł czas, że na dworze
mamy czekać ranej zorze.

Tak to matki nam podały,
samy także z drugich miały,
że na dzień świętego Jana
zawżdy Sobótka palana.

Dzieci, rady mej słuchajcie,
ojcowski rząd zachowajcie;
święto niechaj świętem będzie,
tak bywało przedtem wszędzie.

Święta przedtem ludzie czcili,
a przedsię wszytko zrobili,
a ziemia hojnie rodziła,
bo pobożność Bogu miła.

Dziś bez przestanku pracujem
i dniom świętym nie folgujem,
więc też tylko zarabiamy,
ale przed się nic nie mamy.

Albo nas grady porażą,
albo zbytnie ciepła każą;
co rok słabsze urodzaje,
a zła drogość zatem wstaje.
Pracuj we dnie, pracuj w nocy,
próżno bez Pańskiej pomocy;
Boga, dzieci, Boga trzeba,
kto chce syt być swego chleba.

Na tego my wszytko włóżmy,
a z sobą sami nie trwóżmy;
wrócąć się i dobre lata,
jeszcze nie tu koniec świata.

A teraz ten wieczór sławny
święćmy, jako zwyczaj dawny,
niecąc ognie do świtania,
nie bez pieśni, nie bez grania.

PANNA II.

To moja nawiętsza wada,
że tańcuję barzo rada;
powiedzcież mi, me sąsiady,
jest tu która bez tej wady?

Wszytki mi się uśmiechacie,
podobno ze mną trzymacie;
postępujmyż tedy krokiem,
aleć niemasz, jako skokiem.

Skokiem taniec nasnadniejszy,
a tem jeszcze pochodniejszy,
kiedy w bęben przybijają,
samy nogi prawie drgają.

Teraz masz czas, umieszli co,
mój nadobny bębennico!
Wszytka tu wieś siedzi wkoło,
a w pośrzodku same czoło.
Żeby też tu ta nie była,
która twemu sercu miła.
Każeszli, wierzyć będziemy,
aleć insze rozumiemy.

Pomóż oto dobrej rzeczy,
a nasz taniec miej na pieczy;
owa[] najdziesz i w tym rzędzie,
coć za wszytki płatna będzie.

Ja się nie umiem frasować,
toż radzę drugim zachować;
bo w trosce człowiek zgrzybieje
pierwej, niż się sam spodzieje.

Ale gdzie dobra myśl płuży,
tam i zdrowie lepiej służy;
a choć drugi zajdzie w lata,
i tak on ujdzie za swata.

Za mną, za mną piękne koło.
opiewając mi wesoło;
a ty się czuj, czyja kolej,
nie maszli mię wydać wolej

PANNA III.

Za mną, za mną, piękne koło,
opiewając mi wesoło;
czuję się, że moja kolej,
a ja nie mam wydać wolej?

Sam ze wszytkiego stworzenia
człowiek ma śmiech z przyrodzenia,
inszy wszelaki źwierz niemy,
nie śmieje się, jako chcemy.
Nie ma w swem szaleństwie miary,
kto gardzi Pańskimi dary;
a bodaj miał płakać siła,
komu dobra myśl nie miła.

Śmiejmy się! Czy niemasz czemu?
Śmiejże się przynajmniej temu,
że, nie mówiąc nic trefnego,
chcę po was śmiechu śmiesznego.

Wystąp ty, coś ciągnął kota,
a puść się na chwilę płota;
uchowa cię dziś Bóg szkody,
bo tu o podal do wody,

Ciągnie go drugi na suszy,
Tobie trzeba aż po uszy;
nieboże mój, kto cię zbłaźnił,
żeś tak srogie zwierzę draźnił?

Nie znasz ludzi, co przed kotem
pierzchają nawiętszem błotem?
A na jego głos straszliwy
ledwe drugi będzie żywy.

Głaszcz na nim, jako chcesz, skórę,
on przedsię ogonem wzgórę;
zły z nim pokój, gorsza zwada,
jeszcze i dziś strach sąsiada.

Czasem też i z dachu spadnie,
a przedsię na nogi padnie;
i chłop foremniejszy bywa,
gdzie kot we łbie przemieszkiwa.

A to jako w nim szacować,
że umie i praktykować?
A to tak wieszcza bestyja,
że się zawżdy na deszcz myja.

Więc łowiec niepospolity,
ą w swych sprawach dziwnie skryty,
k temu rzadko uśnie w nocy,
ale ufa zawżdy mocy.

Kocie, wszytko to do czasu,
strzeż wilka wyszczekać z lasu;
a może być, i w tem stadzie,
co już myśli o zakładzie.

PANNA IV.

Komum ja kwiateczki rwała,
a ten wianek gotowała?
Tobie, miły, nie inszemu,
któryś sam mił sercu memu.

Włóż na piękną głowę twoję
tę rozkwitłą pracą moję;
a mnie samę na sercu miej,
toż i o mnie sam rozumiej.

Żadna chwila ta nie była,
żebych cię z myśli spuściła;
i sen mię prace nie zbawi,
śpię, a myślę, by na jawi.

Tę nadzieję mam o tobie,
że mię też masz za co sobie,
ąni wzgardzisz chucią moją,
ąle mi ją oddasz swoją.
Tego zataić nie mogę,
co mi w sercu czyni trwogę;
wszytki tu wzrok ostry mają,
i co piękne, dobrze znają.

Prze Bóg, siostry, o to proszę;
niech tej krzywdy nie odnoszę,
by mi która w to tknąć miała,
o com się ja utroskała.

O wszelaką inszą szkodę
łacno przyzwolę na zgodę;
ale kto mnie w miłość ruszy,
wiecznie będzie krzyw mej duszy.

PANNA V.

Zwierzęć się, gromado moja,
nie mam przed Szymkiem pokoja:
za trzewik mi zastępuje,
a powiada, że miłuje.

Szymku! by to prawda była,
dobrzebych Bogu służyła;
ale ty rad z ludzi szydzisz,
zwłaszcza, gdy prostaka widzisz.

Tobie to wolno samemu,
ale, wierę,nie inszemu;
bo ty z tym nadobnie umiesz,
a gdzie kogo tknąć, rozumiesz.

I którażby nie szła rada
za tak gładkiego sąsiada?
Podajże jej kęs nadzieje,
alić się już moja śmieje.

I samam tak głupią była,
żem ci też kiedy wierzyła;
dziś już nic, i pókim żywa,
znam cię, ziółko, żeś pokrzywa.

Ze mną sobie rzecz najdujesz,
drugiej nogę przestępujesz;
odpuść mi, silnyś przechira,
a ja z takim nie mam mira.

Nie sprawujże się przez miarę,
boć zaś ludzie dadzą wiarę;
a mało sobie poprawisz,
że mię w nieprawdzie zostawisz.

PANNA VI.

Gorące dni nastawają,
suche role się padają;
polny świercz, co głosu staje,
gwałtownemu słońcu łaje.

Już mdłe bydło szuka cienia
i ciekącego strumienia,
i pasterze, chodząc za niem,
budzą lasy swojem graniem.
Żyto się w polu dostawa
i swoją barwą znać dawa,
iż już niedaleko żniwo;
miej się do sierpa co żywo.

Sierpa trzeba oziminie,
kosa się zejdzie jarzynie;
a wy, młodszy, noście snopy,
drudzy układajcie w kopy.

Gospodarzu nasz wybrany!
Ty masz mieć więniec kłosiany;
gdy w ostatek zboża zatnie
krzywa kosa już ostatnie.

A kiedy z pola zbierzemy,
tam dopiero odpoczniemy,
dołożywszy z wierzchem broga;
już więc, dzieci, jedno Boga.

Wtenczas gościu bywaj u mnie,
kiedy wszystko najdziesz w gumnie,
a jeśli ty rad odkładasz,
mnie do siebie drogę zadasz.

PANNA VII.

Prózno cię patrzam w tym kole,
Twoja, miły, rozkosz pole;
a raczej źwierz leśny bijesz,
niż tańcujesz, albo pijesz.

Ja też, bym nabarziej chciała,
trudnobym się zdobyć miała
na lepszą myśl; bo po tobie
serce zawdy tęskni sobie.

Wolałabym też tymczasem
gdziekolwiek pod gęstym lasem
użyć z tobą towarzystwa,
pomogę ja i myślistwa.

Czego miłość nie przywyknie
już ja trafię, gdy pies krzyknie,
gdzie zajeżdżać zającowi,
mając charty pogotowi.
A kiedy rzucisz sieć długą,
jeślić się swoją posługą
ni nacz więcej nie przygodzę,
niech za tobą smycz psów wodzę.

Żadna gęstwa, żadne głogi
nie przekażą mojej drogi;
tak lato, jako śrzeżogę,
przy tobie ja wytrwać mogę.

Albo, mój myśliwcze, tedy
pokwap się do domu kiedy;
albo mnie ciężko nie będzie
Ciebie naszladować wszędzie.

PANNA VIII.

Pracowite woły moje,
przy tym lesie chłodne zdroje
i łąka nieprzepasiona,
kosą nigdy nie sieczona.

Tu wasza dziś pasza będzie,
a ja mając oko wszędzie,
będę nad wami siedziała
i tymczasem kwiatki rwała.

Kwiatki barwy rozmaitej,
które na łubce[44] obszytej
usadzę w nadobne koło
i włożę na swoje czoło.

Tak dziewka, jako młodzieniec,
nie proś mię nikt o mój wieniec;
samam go swą ręką wiła,
sama go będę nosiła.
Dałam wczora taki drugi,
będzie mi go żal czas długi;
bo mię zaraz pobrać dano,
czego mi czynić nie miano.

Pracowite woły moje,
wam płyną te chłodne zdroje,
wam kwitnie łąka zielona,
kosą nigdy nie sieczona.

PANNA IX.

Ja płaczę, a żal zakryty
mnoży we mnie płacz obfity;
śpiewa więzień okowany,
tając na czas wnętrznej rany.

Śpiewa żeglarz, w cudze strony
nagłym wiatrem zaniesiony;
i oracz ubogi śpiewa,
choć od pracej aż omdlewa.

Śpiewa słowik na topoli,
a w sercu go przedsię boli
dawna krzywda; mocny Boże,
iż z człowieka ptak być może!

Nadobnać to dziewka była,
póki między ludźmi żyła;
toż niebodze zawadziło,
bo każdemu piękne miło.

Zły a niewierny pohańcze!
Zbójca własny, nie posłańcze;
miawszy odnieść siostrę żenie,
zawiodłeś ją w leśne cienie.

Próznoś jej język urzynał,
bo wszystko, coś z nią poczynał,
krwią na rąbku wypisała
i smutnej siestrze posłała.

Nie wymyślaj przyczyn sobie,
pewnać już sprawa o tobie;
nie składaj nic na źwierz chciwy,
umysł twój krzyw, nie cnotliwy.

Siadaj za stół, jeśliś głodzien,
nakarmią cię, czegoś godzien;
jużci żona warzy syna,
nieprzejednanać to wina.

Nie wiesz, królu, nie wiesz, jaki
obiad i co za przysmaki
na twym stole; ach, łakomy,
swe ciało jesz nie wiadomy.

A gdy go tak uraczono,
głowę na wet przeniesiono;
temu czasza z rąk wypadła,
język zmilknął, a twarz zbladła.

A żona, powstawszy z ławy:
coć się zdadzą te potrawy?
To za twą niecnotę tobie,
zdrajca mój, synowski grobie!

Porwie się mąż ku niej zatym,
alić nasz dudkiem czubatym;
sama się w jaskółkę wdała,
oknem, łając, poleciała.

A ona niewinna córa
obrosła w słowicze pióra
i dziś wdzięcznym głosem cieszy,
kto się kolwiek w drogę śpieszy.

Chwała Bogu, że te kraje
niosą insze obyczaje;
ani w Polszcze, jako żywy,
zjawiły się takie dziwy.

Jednak ja mam, co mię boli;
aby dziś nie ludziom kwoli,
co śpiewam, płakaćbych miała
acz me pieśni płacz bez mała.

PANNA X.
Owa u ciebie, mój miły,
me prośby ważne nie były;
próżnom ja łzy wylewała
i żałośnie narzekała.

Przedsięś ty w swą drogę jechał,
a mnieś nieszczęsnej zaniechał
w ciężkim żalu, w którym muszę
wiecznie trapić moję duszę.

Bodaj wszytkich mąk skosztował,
kto naprzód wojsko szykował
i wynalazł swoją głową
strzelbę srogą, piorunową.

Jakie ludzkie głupie sprawy
szukać śmierci przez bój krwawy!
A ona i tak człowieczy
upad ma na dobrej pieczy.
Przynamniej, by mi w potrzebie
wolno stanąć wedla ciebie,
przywykłabych i ja zbroi,
bodaj przepadł, kto się boi.

Jednak ty tak chciej być śmiałym,
jakoby się wrócił całym;
a nie daj umrzeć mnie smutnej
w płaczu i w trosce okrutnej.

A wiarę, coś mi ślubował,
pomni, abyś przytem chował;
tę mi przynieś, a sam siebie,
dalej nie chcę nic od ciebie.

PANNA XI.

Skrzypku, by w tej pięknej rocie
usłyszeć co o Dorocie,
weźmi gęśle, jakoć miła,
a zagraj, nie myśląc siła.

Nieprzepłacona Doroto,
co między pieniędzmi złoto,
co miesiąc między gwiazdami,
toś ty jest między dziewkami.

Twoja kosa rozczosana,
jako brzoza przyodziana;
twarz jako kwiatki mieszane
leliowe i różane.

Nos, jako sznur upleciony,
czoło, jak marmur gładzony,
brwi wyniosłe i czarnawe,
a oczy dwa węgla prawe.

Usta twoje korałowe,
a zęby szczere perłowe;
Szyja pełna, okazała,
piersi jawne, ręka biała.

Serce mi zakwitnie prawie
przy twej przyjemnej rozprawie,
a kiedy cię pocałuję,
trzy dni w gębie cukier czuję.

W tańcuś, jak jedna bogini,
a co cię skutniejszą czyni:
niemasz w tobie nic hardości,
co więc rzadko przy gładkości.

Tymeś ludziom wszytkim miła,
i mnieś wiecznie zniewoliła;
przeto cię me głośne strony
będą sławić na wsze strony.

PANNA XII.

Wsi spokojna, wsi wesoła,
który głos twej chwale zdoła?
kto twe wczasy, kto pożytki
może wspomnieć zaraz wszytki?

Człowiek w twej pieczy uczciwie
bez wszelakiej lichwy żywie,
pobożne jego staranie
i bezpieczne nabywanie.

Inszy się ciągną przy dworze
albo żeglują przez morze,
gdzie człowieka wicher pędzi,
a śmierć bliżej, niż na piędzi.

Najdziesz, kto w płat język dawa,
a radę na funt przedawa;
krwią drudzy zysk oblewają,
gardła na to odważają.

Oracz pługiem zarznie w ziemię,
stąd i siebie, i swe plemię,
stąd roczną czeladź i wszytek
opatruje swój dobytek.

Jemu sady obradzają,
jemu pszczoły miód dawają;
nań przychodzi z owiec wełna
i zagroda jagniąt pełna.

On łąki, on pola kosi,
a do gumna wszytko nosi.
Skoro też siew odprawiemy,
komin w koło obsiędziemy.

Tam już pieśni rozmaite,
tam będą gadki pokrite,
tam trefne plęsy z ukłony,
tam cenar, tam i goniony.

A gospodarz, wziąwszy siadkę,
idzie mrokiem na usadkę,
albo sidła stawia w lesie,
jednak zawżdy co przyniesie.

W rzece ma gęste więcierze,
czasem wędą ryby bierze;
a rozliczni ptacy wkoło
ozywają się wesoło.

Stada igrają przy wodzie,
a sam pasterz, siedząc w chłodzie,
gra w piszczałkę proste pieśni,
a Faunowie skaczą leśni.

Zatem sprzętna gospodyni
o wieczerzej pilność czyni,
mając doma ten dostatek,
że się obejdzie bez jatek.

Ona sama bydło liczy,
kiedy z pola idąc ryczy,
ona i spuszczać pomoże,
męża wzmaga, jako może.

A niedorośli wnukowie,
chyląc się ku starszej głowie,
wykną przestawać na male,
wstyd i cnotę chować wcale

Dzień tu, ale jasne zorze
zapadłyby znowu w morze,
niżby mój głos wyrzekł wszytki
wieśne wczasy i pożytki.